Poniedziałek. Obudziłem się po dwunastej, a obudził mnie dźwięk
wiadomości. Mruknąłem pod nosem z niezadowoleniem. Kto się dobija...?
Mało ludzi jest na świecie, żeby akurat do mnie pisać...? Siedem
miliardów i akurat do mnie musiał lub musiała...? Po omacku odszukałem
telefon na szafce nocnej i wciągnąłem rękę z powrotem pod kołdrę.
Zaspany wdusiłem nacisk na home, a telefon jebnął mi jak reflektor
prosto w ryj, aż syknąłem krzywiąc się i szybko przyciemniłem ekran, ale
i tak przyjemne to nie było.
"Wiadomość od Wążuś:
Sasuke-kun, odwiedzisz dzisiaj salę biologiczną po lekcjach?"
Parsknąłem pod nosem przewracając oczami i odłożyłem telefon podciągając kolana mocniej pod siebie i poprawiając sobie poduszkę pod głową. Na powrót zamknąłem oczy.
~ Jeszcze wcześnie... Pójdę dopiero na czwartą lekcję... ~ powiedziałem sobie w myślach i po chwili już spałem.
Kiedy znów się obudziłem, minęło ledwie pół godziny, a obudził mnie Kuro, ocierając mi się o policzek. Wstałem leniwie rozciągając ramiona i ziewnąłem przeciągle, po czym zniknąłem w łazience umyć się i ubrać. Kiedy wyszedłem w samych spodniach z łazienki, koszulkę nie mogłem się zdecydować, czy chcę założyć Green Day'a czy Asking Alexandria, więc postanowiłem pomyśleć nad tym jedząc śniadanie. Zrobiłem sobie naleśniki z pomidorami i mozarellą i jadłem słuchając najnowszej płyty TDG i śpiewając ulubione kawałki. Całe szczęście, że miałem dźwiękoszczelne ściany, bo by mnie sąsiedzi z dołu zajebali. Śmieszek.
Nałożyłem Kuro jedzenie na talerzyk, kładąc go jak zwykle na stole. Kocur wskoczył na stół i zaczął jeść, raz po raz patrząc na mnie lub machając ogonem. Uśmiechnąłem się patrząc na kota i wyciągnąłem do niego rękę. Od razu nachylił się w moją stronę, a kiedy podrapałem go pod bródką, wyprężył się mrucząc z zadowoleniem. Uwielbiałem go.
Kiedy oboje skończyliśmy jeść, włożyłem naczynia do zmywarki, a potem poszedłem się do końca ubrać. W końcu padło na MCR, ale no trudno się mówi. Wrzuciłem "Portret Doriana Gray'a" do plecaka, a także laptopa, portfel i inne takie przydatne duperele, po czym pogłaskałem na pożegnanie Kuro i wyszedłem z apartamentu zamykając za sobą drzwi.
Zjechałem windą na parking, by wsiąść do swojego czarnego lambo, rzuciłem plecak na tylne siedzenie i od razu włączyłem muzykę. Wykręciłem by wyjechać z parkingu podziemnego i pojechać do szkoły...
Na miejscu byłem po piętnastu minutach, przy czym zdążyłem już w te piętnaście minut cudem uniknąć mandatu i kilku punktów, gliniarze totalnie nie potrafili jeździć, więc nie sztuką było dla mnie ich zgubić, znałem miasto jak własne mieszkanie. Zajechałem pod szkołę i zaparkowałem, zgasiłem silnik i wyłączyłem muzykę, wziąłem plecak i wysiadłem. Zamknąłem samochód patrząc na ekran telefonu na godzinę. Tak trochę od dwudziestu pięciu minut trwała już czwarta lekcja. No cóż. Bywa. Ból.
Do sali biologicznej wparowałem bezceremonialnie, nawet nie fatygując się o jakieś "Przepraszam za spóźnienie" i poszedłem do swojej ławki pod oknem z tyłu klasy. Odprowadziło mnie jak zwykle takie nieodgadnione spojrzenie Węża, który zawsze tak na mnie patrzył, nie wiedzieć czemu, a także spojrzenia uczniów. Usiadłem sobie spokojnie i wyciągnąłem powieść Oscara Wilde'a, którą zacząłem czytać dnia poprzedniego, ale nie skończyłem urywając na drugim rozdziale, bo musiałem już wchodzić na scenę. Dorian bardzo mi się podobał, chociaż początek był dość nudny, to sama postać bardzo mnie intrygowała. Zagłębiłem się w lekturze, a z zamyślenia wyrwał mnie głos nauczyciela biologii, wypowiadający moje imię. Nie podnosząc spojrzenia znad książki, spytałem:
- Mogę w czymś pomóc, Panie Orochimaru? - zapytałem nonszalancko.
- Powiesz nam może coś o układzie odpornościowym człowieka? - spytał, a ja czułem na sobie spojrzenie jego wężowych oczu. Powoli uniosłem wzrok, by skrzyżować go ze wzrokiem mężczyzny.
- To pytanie, czy polecenie? - wbiłem spojrzenie czarnych tęczówek w nauczyciela. Jego wargi wygięły się jakoś dziwnie, w takim pedofilskim uśmieszku satysfakcji, a potem urwał temat od razu przechodząc do dalszej części lekcji, która chyliła się ku końcowi...
Kiedy zadzwonił dzwonek, wszyscy wyszli z sali, a ja doczytałem stronę i dopiero potem wstałem i zarzuciłem plecak na ramię.
- Chciał się Pan ze mną zobaczyć po lekcji...? - bardziej stwierdziłem niż spytałem, patrząc na mężczyznę chowającego atlas do szafy.
- A owszem. Chciałem. Będziesz miał chwilę po chemii? - spojrzał na mnie.
- Teraz mam godzinę, a po muzyce idę do domu. - wzruszyłem ramionami wyciągając gumę do żucia.
- Powinieneś pójść na chemię... - stwierdził, ale kontynuował: - No to spotkamy się tutaj po muzyce? - wbił we mnie znów to dziwne spojrzenie.
- Okay. - znów wzruszyłem ramionami i wyszedłem nie kłopocząc się jakimś tam "Do widzenia".
W czasie trwania plastyki siedziałem w Starbucksie niedaleko szkoły, by wrócić na muzykę. Chodziłem na nią dlatego, że lubiłem ten przedmiot, nie żebym uczył się tam czegokolwiek - wszystko to już wiedziałem. Po muzyce poszedłem pod biologiczną. Była otwarta, więc wszedłem do środka. W samej sali nauczyciela nie było, więc przeszedłem do niedużego pokoju obok, będącego swojego rodzaju "biblioteką" biologa. Kiedy podszedłem do szafy i oglądałem książki czekając aż przyjdzie, nagle poczułem oddech na szyi.
- Dzień dobry po raz drugi... Sasuke-kun... - powiedział sycząco. Po mej twarzy przebiegł drwiący uśmiech, kiedy poczułem chłodny dotyk na biodrze.
- Chciał Pan ode mnie czegoś... - przypomniałem złośliwym głosem, czując jak dłoń nauczyciela wsuwa się pod moją koszulkę i dotyka mego płaskiego brzucha. Po lędźwiach przeszedł mnie leciutki dreszczyk... zaintrygowania...
- Prawda... chcę czegoś... - oznajmił, a oddech na mej szyi zdawał się być cięższy. Poczułem mokry dotyk na policzku. Język wykładowcy.
- Jesteśmy w szkole... Pan jest nauczycielem, a ja Pańskim uczniem... To chyba wbrew regulaminowi, żeby przelizać się ze studentem... - rzuciłem drwiąco, w trakcie kiedy dłoń mężczyzny niebezpiecznie posuwała się w dół, jakby zaraz miał ją wsunąć pod moje spodnie. Parsknąłem drwiąco pod nosem, by oblizać zęby końcówka języka. - To nieładnie z Pana strony.... - oznajmiłem głosem niemalże ociekającym wymuszoną, sztuczną słodyczą. W tej chwili drzwi do sali biologicznej otworzyły się, a do środka weszła Kichi Okumura z pierwszej klasy.
<Kichi?>
"Wiadomość od Wążuś:
Sasuke-kun, odwiedzisz dzisiaj salę biologiczną po lekcjach?"
Parsknąłem pod nosem przewracając oczami i odłożyłem telefon podciągając kolana mocniej pod siebie i poprawiając sobie poduszkę pod głową. Na powrót zamknąłem oczy.
~ Jeszcze wcześnie... Pójdę dopiero na czwartą lekcję... ~ powiedziałem sobie w myślach i po chwili już spałem.
Kiedy znów się obudziłem, minęło ledwie pół godziny, a obudził mnie Kuro, ocierając mi się o policzek. Wstałem leniwie rozciągając ramiona i ziewnąłem przeciągle, po czym zniknąłem w łazience umyć się i ubrać. Kiedy wyszedłem w samych spodniach z łazienki, koszulkę nie mogłem się zdecydować, czy chcę założyć Green Day'a czy Asking Alexandria, więc postanowiłem pomyśleć nad tym jedząc śniadanie. Zrobiłem sobie naleśniki z pomidorami i mozarellą i jadłem słuchając najnowszej płyty TDG i śpiewając ulubione kawałki. Całe szczęście, że miałem dźwiękoszczelne ściany, bo by mnie sąsiedzi z dołu zajebali. Śmieszek.
Nałożyłem Kuro jedzenie na talerzyk, kładąc go jak zwykle na stole. Kocur wskoczył na stół i zaczął jeść, raz po raz patrząc na mnie lub machając ogonem. Uśmiechnąłem się patrząc na kota i wyciągnąłem do niego rękę. Od razu nachylił się w moją stronę, a kiedy podrapałem go pod bródką, wyprężył się mrucząc z zadowoleniem. Uwielbiałem go.
Kiedy oboje skończyliśmy jeść, włożyłem naczynia do zmywarki, a potem poszedłem się do końca ubrać. W końcu padło na MCR, ale no trudno się mówi. Wrzuciłem "Portret Doriana Gray'a" do plecaka, a także laptopa, portfel i inne takie przydatne duperele, po czym pogłaskałem na pożegnanie Kuro i wyszedłem z apartamentu zamykając za sobą drzwi.
Zjechałem windą na parking, by wsiąść do swojego czarnego lambo, rzuciłem plecak na tylne siedzenie i od razu włączyłem muzykę. Wykręciłem by wyjechać z parkingu podziemnego i pojechać do szkoły...
Na miejscu byłem po piętnastu minutach, przy czym zdążyłem już w te piętnaście minut cudem uniknąć mandatu i kilku punktów, gliniarze totalnie nie potrafili jeździć, więc nie sztuką było dla mnie ich zgubić, znałem miasto jak własne mieszkanie. Zajechałem pod szkołę i zaparkowałem, zgasiłem silnik i wyłączyłem muzykę, wziąłem plecak i wysiadłem. Zamknąłem samochód patrząc na ekran telefonu na godzinę. Tak trochę od dwudziestu pięciu minut trwała już czwarta lekcja. No cóż. Bywa. Ból.
Do sali biologicznej wparowałem bezceremonialnie, nawet nie fatygując się o jakieś "Przepraszam za spóźnienie" i poszedłem do swojej ławki pod oknem z tyłu klasy. Odprowadziło mnie jak zwykle takie nieodgadnione spojrzenie Węża, który zawsze tak na mnie patrzył, nie wiedzieć czemu, a także spojrzenia uczniów. Usiadłem sobie spokojnie i wyciągnąłem powieść Oscara Wilde'a, którą zacząłem czytać dnia poprzedniego, ale nie skończyłem urywając na drugim rozdziale, bo musiałem już wchodzić na scenę. Dorian bardzo mi się podobał, chociaż początek był dość nudny, to sama postać bardzo mnie intrygowała. Zagłębiłem się w lekturze, a z zamyślenia wyrwał mnie głos nauczyciela biologii, wypowiadający moje imię. Nie podnosząc spojrzenia znad książki, spytałem:
- Mogę w czymś pomóc, Panie Orochimaru? - zapytałem nonszalancko.
- Powiesz nam może coś o układzie odpornościowym człowieka? - spytał, a ja czułem na sobie spojrzenie jego wężowych oczu. Powoli uniosłem wzrok, by skrzyżować go ze wzrokiem mężczyzny.
- To pytanie, czy polecenie? - wbiłem spojrzenie czarnych tęczówek w nauczyciela. Jego wargi wygięły się jakoś dziwnie, w takim pedofilskim uśmieszku satysfakcji, a potem urwał temat od razu przechodząc do dalszej części lekcji, która chyliła się ku końcowi...
Kiedy zadzwonił dzwonek, wszyscy wyszli z sali, a ja doczytałem stronę i dopiero potem wstałem i zarzuciłem plecak na ramię.
- Chciał się Pan ze mną zobaczyć po lekcji...? - bardziej stwierdziłem niż spytałem, patrząc na mężczyznę chowającego atlas do szafy.
- A owszem. Chciałem. Będziesz miał chwilę po chemii? - spojrzał na mnie.
- Teraz mam godzinę, a po muzyce idę do domu. - wzruszyłem ramionami wyciągając gumę do żucia.
- Powinieneś pójść na chemię... - stwierdził, ale kontynuował: - No to spotkamy się tutaj po muzyce? - wbił we mnie znów to dziwne spojrzenie.
- Okay. - znów wzruszyłem ramionami i wyszedłem nie kłopocząc się jakimś tam "Do widzenia".
W czasie trwania plastyki siedziałem w Starbucksie niedaleko szkoły, by wrócić na muzykę. Chodziłem na nią dlatego, że lubiłem ten przedmiot, nie żebym uczył się tam czegokolwiek - wszystko to już wiedziałem. Po muzyce poszedłem pod biologiczną. Była otwarta, więc wszedłem do środka. W samej sali nauczyciela nie było, więc przeszedłem do niedużego pokoju obok, będącego swojego rodzaju "biblioteką" biologa. Kiedy podszedłem do szafy i oglądałem książki czekając aż przyjdzie, nagle poczułem oddech na szyi.
- Dzień dobry po raz drugi... Sasuke-kun... - powiedział sycząco. Po mej twarzy przebiegł drwiący uśmiech, kiedy poczułem chłodny dotyk na biodrze.
- Chciał Pan ode mnie czegoś... - przypomniałem złośliwym głosem, czując jak dłoń nauczyciela wsuwa się pod moją koszulkę i dotyka mego płaskiego brzucha. Po lędźwiach przeszedł mnie leciutki dreszczyk... zaintrygowania...
- Prawda... chcę czegoś... - oznajmił, a oddech na mej szyi zdawał się być cięższy. Poczułem mokry dotyk na policzku. Język wykładowcy.
- Jesteśmy w szkole... Pan jest nauczycielem, a ja Pańskim uczniem... To chyba wbrew regulaminowi, żeby przelizać się ze studentem... - rzuciłem drwiąco, w trakcie kiedy dłoń mężczyzny niebezpiecznie posuwała się w dół, jakby zaraz miał ją wsunąć pod moje spodnie. Parsknąłem drwiąco pod nosem, by oblizać zęby końcówka języka. - To nieładnie z Pana strony.... - oznajmiłem głosem niemalże ociekającym wymuszoną, sztuczną słodyczą. W tej chwili drzwi do sali biologicznej otworzyły się, a do środka weszła Kichi Okumura z pierwszej klasy.
<Kichi?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz