Po powrocie do apartamentu przywitał mnie brat, który zatrzymał się u mnie od tamtego "incydentu". Wszedłem do środka i zdjąłem buty.
- Wróciłem...! - krzyknąłem w głąb apartamentu.
- Obiad czeka! Chodź, bo wystygnie! - odkrzyknął. Umyłem ręce i poszedłem do jadalni. Spaghetti z sosem pomidorowym. Ho ho. Coraz bardziej mi się podoba mieszkanie z bratem, bo kucharzem to był wyśmienitym.
- Mmmm... Chcesz zostać jeszcze trochę...? - zamruczałem zadowolony. Uśmiechnął się podając mi talerz.
- Zostanę jeszcze tydzień, później powinienem już wracać... - oznajmił. Uśmiechnąłem się złośliwie i chytrze.
- Do dziewczyny...? - spytałem. Spojrzał na mnie karcąco.
- Kto ciekawy, niech wsadzi nos do kawy. - powiedział. Parsknąłem tylko i dalej zjedliśmy w spokoju.
Po obiedzie usiadłem do gitary i grałem sobie dwie godziny, by potem odpalić konsolę. Tak zleciał mi czas do wpół do ósmej, kiedy przygotowany i ubrany w czarną koszulę, której pierwsze guziki zostawiłem rozpięte i czarne rurki. Pod kinem zjawiłem się pierwszy i przez telefon kupiłem bilety na drugą część "Obecności", a Kichi przyjechała protekcjonalną limuzyną. Uśmiechnąłem się w duchu. Miała na sobie krótkie, czarne spodenki i bardzo ładne ciuszki. Podoba mi się. Na przywitanie przytuliła mnie.
- Chodźmy. Już kupiłem bilety. - powiedziałem kładąc jej dłoń na plecach obejmując ją ramieniem. Kiedy niby bezwiednie chciałem przesunąć ją niżej, złapała mnie za dłoń i położyła ją z powrotem na swych plecach z karcącym uśmiechem. Uśmiechnąłem się niewinnie.
- Nie wiem o co ci chodzi... - powiedziałem słodko.
<?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz