Zerknąłem na nią pół okiem. Trochę dziwne pytanie, chociaż w sumie uzasadnione... Mieszkałem tylko z kotem - jak dla mnie AŻ z kotem, ale to kwestia gustu - więc pierwsze co się nasuwało każdemu, to że pewnie czuję się samotny. Ale jakoś... jakoś tak nie było. Brata kochałem, dobra przyznaję, ale potwornie mnie irytował. Tą swoją nadopiekuńczością i fiołem na moim punkcie... No rozumiem, że jest starszy i się martwi, ale bez przesady...! Nie miałem już trzech lat, by tak dookoła mnie skakać.
- Nie specjalnie... Czasem całkiem dobrze go zobaczyć, jest świetnym kucharzem i w ogóle, ale co za dużo to nie zdrowo, a wystarcza mi obecność Kuro. - odparłem wzruszając ramionami. Obejrzałem pomieszczenie uważnie. - Całkiem sporą masz chatę. Biedy to ty nie klepiesz. - zaśmiałem się.
- Jakbyś ty klepał. - parsknęła, by również się zaśmiać.
- A ten twój lokaj... Fajny jest...? - spytałem patrząc na nią sugestywnie. Spojrzała na mnie karcąco, na co odpowiedziałem niewinny uśmiechem.
- Jesteś beznadziejny. - powiedziała kręcąc oczami. Parsknąłem krótkim, ironicznym śmiechem w odpowiedzi. W tej chwili do oranżerii wszedł wspomniany lokaj, by podać nam wykwintny obiad, jakby nie starczyła jakaś pizza czy coś.
- Bon apetí. - powiedział skłaniając się.
- Możesz nas zostawić. - powiedziała Kichi.
- Yes, my lady. - znów się skłonił, a kiedy się odwrócił i chciał odejść, klepnąłem go w tyłek. Na ułamek sekundy zastygł w bezruchu, ale odszedł niejako udając, że zajścia nie było. Poczułem na sobie mordercze spojrzenie dziewczyny. Spojrzałem na nią niewinnie.
- Nie wiem o co ci, kobieto, chodzi. - powiedziałem z miną aniołka. Może trochę rogatego, ale ciii, to szczegół.
<?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz