wtorek, 28 czerwca 2016

Od Sasuke CD Kichi

Któregoś dnia Kichi nie przyszła... Uznałem, że pewnie nie miała czasu, albo coś jej wypadło... No zdarza się. Nie przyszła jednak również dnia następnego i następnego... Napisałem do niej sms-a:
"Gdzie cię wcięło? Umarłaś czy jak? XD"
Szybko dostałem odpowiedź:
"Nie chcę cię nigdy więcej widzieć, nie przychodź do mojego domu, w ogóle odpierdol się od mojego życia. Nienawidzę cię."
Chciałem odpisać, ale zablokowała mi numer. Cholera. Co ją tak nagle ugryzło? Spytałem Itachiego, czy wie o czymś, ale zaprzeczył. Aha. Ekstra. Czyli tak po prostu stwierdziła, że mnie nienawidzi. Zajebiście. 


Minęły dwa tygodnie, zanim nie wyszedłem w końcu ze szpitala, a pierwsze gdzie pojechałem - ignorując zakaz brata i lekarzy twierdzących, że nie powinienem prowadzić po takim wypadku - to willa Okumury. Jednak nikt mi nie otworzył, a okna były pozamykane. Aha. Super. Nie to nie, nie będę z siebie idioty robił. Skoro nagle mnie nienawidzi, to proszę bardzo. Niech sobie nienawidzi. Nie będę przychodził i się starał, bo widać nie ma po co.


Przez długie miesiące rehabilitacji nie widziałem się ani z nią, ani z którymkolwiek z jej braci. I miałem wyjebane. Trudno. Nie mój problem. Nie widziałem ich wszystkich, a również... swojego dziecka, które najpewniej przyszło w tym czasie na świat... Itachi niemalże ze mną zamieszkał, stwierdził że musi się mną zająć. Czasem miałem wrażenie, że jakoś dziwnie na mnie patrzy, ale jego to nikt nie ogarnie, więc nie pytałem. W końcu wróciłem do gry z chłopakami i mieliśmy koncert, potem szykował się plan na trasę koncertową... 
No i zupełnie przypadkiem któregoś wieczoru w klubie zobaczyłem w Wiadomościach informację, że mija rok, od kiedy zaginioną Kichi Okumurę uznano za zmarłą, a śledztwo wciąż donikąd nie prowadzi. Co kurna? Jakie śledztwo? Jak to zaginiona? Co to ma być, do cholery?!
Od razu pojechałem do domu i wbiłem, by zrobić Itachiemu awanturę. O wszystkim wiedział. I nic mi nie powiedział. A sms wysłał mi wtedy jej brat. O czym Itachi również wiedział, ale nie chciał mi mówić, bo bym się, jak to ujął, "załamał".
Normalnie mnie szlag trafił! Nikt mi nie powiedział, że ona, a co za tym idzie również moje dziecko, została porwana i jest uznana za zmarłą?! No to są jakieś jaja! Bullshit!
Od razu jak skończyłem drzeć się na brata wyszedłem z apartamentu kierując się do auta. Wyjeżdżając z parkingu napisałem do jedynej osoby, która mogła mi w takiej sytuacji pomóc:
"Potrzebuję pomocy. Bądź tam za dwadzieścia minut."
Z piskiem opon wyjechałem na ulicę i pojechałem na obrzeża miasta do taniego klubu, gdzie miałem zwyczaj spotykać się z nim. Jeśli przez rok nikt jej nie znalazł, o tylko on może ją znaleźć...


Na miejscu byłem po dwudziestu minutach, a on już tam na mnie czekał. W tym samym pokoju na piętrze co zwykle. Otworzyłem drzwi i wszedłem do środka. Zanim zdążyłem się rozejrzeć, poczułem jak ktoś z dużą siłą przyciska mnie do ściany, zamykając jednocześnie drzwi kopniakiem. Rozległ się dźwięk przekręcania klucza w zamku.
- Dawno się nie widzieliśmy, skarbie... - powiedział tym swoim przesłodzonym głosem. Poczułem jego chłodną dłoń pod swoją koszulką i jak muska paznokciami me mięśnie brzucha, "niechcący" zahaczając o podbrzusze.
- Potrzebuję, byś znalazł... - zacząłem z trudem się skupiając, bo jego dotyk doprowadzał mnie do szaleństwa.
- Wiem, wiem... Już zdążyłem się zorientować... - przerwał mi, zbliżając bardziej swą chudą, trupio-bladą twarz do mojej.
- Znajdziesz ją? - wystękałem, kiedy nieco docisnął swoją miednicę do mojej, dodatkowo mnie drażniąc.
- Oczywiście... Dla ciebie wszystko, skarbeńku... - odparł i polizał mój policzek. Zadrżałem, kiedy paznokciami przejechał poniżej mych nerek. - Ale wiesz, że jak zawsze nic za darmo... - dodał mocno łapiąc mnie za nadgarstki i unosząc je nad moją głowę.
- Wiem... - odparłem i przygryzłem jego wargę, kiedy musnął ustami me usta.
- Mm... To płacimy z góry... - wyszeptał mi do ucha, podciągając mi wysoko koszulę, której po chwili już nie miałem...

Kiedy obudziłem się następnego dnia rano, jego już nie było. Przeciągnąłem się ospale i ziewnąłem... Ough... Jednak nogi mnie bolały... Potarłem zmęczone uda i wstałem nieco krzywo, by zebrać swoje ubrania rozrzucone po ziemi, a potem zniknąć w łazience. Długi, ciepły prysznic nieco mnie rozluźnił i pozwolił ukoić obolałe po nocy mięśnie. Kiedy wyszedłem z łazienki, poszedłem do kuchni. Na stole czekało na mnie śniadanie, omlet z pomidorami, oraz karteczka z serduszkiem. Parsknąłem pod nosem i zabrałem się za jedzenie.

Odezwał się następnego dnia i dał mi wytyczne gdzie mam iść... Oczywiście się tam udałem, a było to dość spory kawałek za Tokio, więc droga zajęła mi ponad półtorej godziny. Jakaś rozpadająca się rudera, czytać wielkie, stare zamczysko. Wtf...? Kiedy wysiadłem z samochodu, obok mnie pojawił się Fukari.
- Dzień dobry, kochanie. - powiedział całując mnie.
- Cześć, Fukari. Gdzie ona jest? - spytałem.
- Od wejścia schodami w górę i na lewo. - odparł słodkim jak miód głosem. - Idę z tobą. - dodał.
- To chyba nawet i lepiej... - westchnąłem, by ruszyć w stronę walącej się na pozór ruiny.
Wejście nie było trudne. Gorzej w środku, bo co chwila coś/ktoś wyskakiwał i starał się mnie zabić. Super. Fukari był oczywiście bardzo pomocny, bo jego Kosa Śmierci była wybitnie wręcz przydatna, tak samo jak demoniczne zdolności. W sumie nie ogarniam jak to działa, że jest Demonem, który został Shinigami, no ale kto go tam wie. Wolę nie wnikać. Póki wykonuje moje polecenia i oboje jesteśmy zadowoleni z układu, do póty jest dobrze.
Wbicie na piętro było uciążliwe w diabli, bo przeciwników było sporo i to nie byle jakich, ale w końcu byliśmy pod odpowiednimi drzwiami. Zamknięte od środka.
- Fukari... - spojrzałem na Demona, a ten zrozumiał o co mi chodzi i uderzył w drzwi kosą. Drzwi wyleciały z hukiem z zawijasów, łamiąc się w drzazgi, a my weszliśmy do środka. Na łóżku siedziała Kichi, tuląc do siebie małe zawiniątko... Z początku przerażona, potem z ulgą w oczach wyszeptała moje imię.


<?>

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz