Od razu, wręcz machinalnie powiedziałem:
- No pewnie. Chodźmy. - uśmiechnąłem się tym swoim dziwacznym sposobem, ukazując jej ten uśmiech, którego nikt nigdy nie umiał zinterpretować. Ruszyła w chodnikiem. - Nie mam auta, wyszedłem na spacer... To daleko? - zapytałem.
- Pojedzemy moim. - odparła. Skinąłem jedynie głową. Już wkrótce siedzieliśmy w samochodzie, ona po stronie kierowcy, a ja pasażera. Musiałem mieć otwarte okno, bo czułem się jak zwierzę w klatce...
- Co ty taki blady? - zapytała.
- Pogłębiła mi się klaustrofobia... - odparłem słabo.
- Ojoj... To już niedaleko, wytrzymaj, pierzaku. - pogłaskała mnie po udzie i przyśpieszyła. Czułem się tak, jakbym miał zaraz zemdleć.
Taaaa... Właśnie ze względu na tą moją kretyńską przypadłość musiałem się przeprowadzić, bo to była jakaś masakra... W trakcie kiedy tamten apartament był więcej niż duży, tak teraz mieszkałem na najwyższym piętrze jednego z apartamentowców, a moje "skromne mieszkanko" miało sześć metrów wysokości w najniższym puncie, a było wielkości salonu samochodowego. W mniejszym dostawałem normalnie spazmów i nie ma w tym przesady.
Kiedy Kichi zaparkowała pod przedszkolem gwałtownie otworzyłem drzwi i wsiadłem jak poparzony, z trudem łapiąc powietrze i potwornie drżały mi ręce i kolana.
- Chcesz wody? - zapytała patrząc na mnie uważnie.
- Byłoby... miło... - odparłem dość słabo. Bardzo. Dała mi wodę, od razu poczułem się nieco lepiej... O losie...
<?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz