Dostałem siarczysty policzek, nie powiem - zabolało. Potarłem obolałą twarz i wyplułem krew na trawę, przygryzłem język. Syknąłem ze złością i już wkrótce byłem w swoim apartamencie. Przywitał mnie Kuro, a widząc mój podły humor i siny obrzęk na policzku oraz rozciętą wargę, położył uszy po sobie i miauknął żałośnie podchodząc do mnie ostrożnie się ocierając o moje nogi.
- Dziewczyny to jakaś porażka. Spróbuj ty być dla takiej miły, a ta ci przyjebie w podziękowaniu. - warknąłem wkurzony. Kocur trącił mnie delikatnie łapą, kiedy wyjmowałem lód z zamrażalnika. Przełożyłem go do opuchniętej twarzy... Cholera...
Zadzwonił mój telefon... Miałem to gdzieś. Nawet nie spojrzałem kto to, tylko wyłączyłem ustrojstwo. Poszedłem się walnąć na kanapę w salonie z poduszką piwa w ręce. Bo czemu nie? Kto mi za zabroni?!
Wieczorem powinienem się stawić do klubu na rogu, żeby zająć miejsce za barem i wydawać zamówienia, ale olałem pracę. I tak byłem najebany. Ale to nie moja wina. Wpadł Takeru i tak jakoś samo wyszło. Zasnąłem z ciężką głową i szykującym się kacem...
Nazajutrz miałem, co ciekawe, wybitną wenę. Od rana siedziałem z gitarą i kartkami pisząc słowa i nuty i tak przez pół tygodnia. Czwartego dnia ktoś się do mnie dobijał przez drzwi, ale miałem słuchawki na uszach i go zignorowałem...
No i nagle w sobotę rano obudził mnie dotyk na ramieniu... Otworzyłem zaspane oczy, nie ogarniając co się dzieje... O cholera... Czy to...
- ...Itachi...? - spytałem krzywo i dość niewyraźnie. Co on tu robi i jak wszedł? Nie dawałem mu kluczy...
- Nie dajesz znaku życia... - powiedział wciąż się nade mną nachylając i miał taki zatroskany wyraz twarzy... Ugh...
- Byłem zajęty... I jakoś nie czułem potrzeby kontaktu... - mruknąłem przekręcając się na drugi bok i w ten sposób łamiąc linię spojrzeń między nami. Zamknąłem oczy poprawiając sobie kołdrę.
- Wstawaj, jest jedenasta. Źle się czujesz? Czemu nie idziesz do szkoły? Ktoś jest dla ciebie niemiły? - zadał szereg pytań, jak gdybym był dzieckiem.
- Po pierwsze: czułem się wyśmienicie, dopóki nie przeszkodziłeś mi w spaniu. Po drugie: nie idę, bo mi się nie chce, straszliwie przynudzają. A po trzecie: daj se spokój... Chce mi się spać, możesz już iść... - mocniej wcisnąłem głowę w poduszkę.
- Powinieneś pójść mimo wszystko... - stwierdził jedynie wzdychając.
- Po co niby? Już nie mam takiego obowiązku, jest do osiemnastki, więc teraz to już tylko moja dobra wola, że chodzę na którąkolwiek lekcję... Z resztą, nawet gdybym chodził, to już i tak wiem to wszystko, a ze względów towarzyskich nie ma to sensu... Chłopaki są nudni, dziewczyny potrafią tylko piszczeć albo się ciskać, a nauczyciele to banda debili. Nic tam po mnie. Wolę siedzieć u siebie i sobie brzdąkać. - rzuciłem, a widząc że nie odpuści, usiadłem i spuścilem stopy na podłogę. Czułem na sobie jego spojrzenie, kiedy poszedłem do garderoby. Wszedł za mną.
- Kogokolwiek tam lubisz? - zapytał.
- Nie specjalnie. Wszyscy są tacy sami. W ogóle ludzie są nudni... - wzruszyłem ramionami zajmując z półki koszulkę z cytatem z AHS i czarne rurki...
- Może po prostu jeszcze nie spotkałeś nikogo wartego uwagi, albo nie starałeś się tych ludzi poznać? - zasugerował.
- A zejdź ze mnie. Nie czuję potrzeby zadawania się z nikim z nich, więc nie chce mi się ich poznawać. - parsknąłem.
Musiałem wziąć "Portret Doriana Gray'a" ze swojej szafki szkolnej, zostawiłem go tam przypadkiem. Pojechałem więc, a przy okazji podwiozłem brata, bo chciał coś załatwić w okolicy podobno. Wysadziłem go więc i sam wyszedłem, by pójść po książkę...
Kiedy zszedłem do szafki i otworzyłem ją z kodu, nagle ktoś gwałtownie zamknął mi ją przed nosem, chyba cudem nie ucinając mi palców. Spojrzałem ze złością na tą osobę, ale zanim zdążyłem coś zrobić, przygwoździła mnie do ściany. Orochimaru.
- Nieładnie mi zagrałeś na nosie tydzień temu... Sasuke-kun... - wysyczał patrząc mi prosto w oczy. Nie cierpię faceta po głębszym zastanowieniu.
- Bywa. - rzuciłem, a on jedynie wzmocnił uścisk, aż trochę bolały mnie żebra.
- Bardzo nie lubię, jak ktoś robi ze mnie głupka. - oznajmił.
- A ja nie lubię, jak ktoś traktuje mnie z góry i myśli, że ma prawo do oczekiwania czegoś ode mnie. - warknąłem zły, by mocno go odepchnąć. Niezrażony znów mnie złapał, szybki był skurczysyn, tym razem unosząc me ramiona do góry i trzymając mnie za nadgarstki na tyle mocno, że czułem jak coś mi w nich chrupie. Przywarł do mnie całym ciałem, mocno dociskając mnie swoją miednicą do ściany.
- Niegrzeczny jesteś... - syknął i jego ręka wsunęła się w moje spodnie, a trakcie kiedy język wjechał mi do ust. Szarpnąłem się gwałtownie, ale z nikłym skutkiem. W tej chwili ktoś trzeci od tyłu pociągnął tą szuję za kołnierz, aż trzasnął z hukiem w metalowe szafki, z trudem utrzymując równowagę.
- Orochimaru, gnido... - wywarczał wściekłe Itachi, a w jego oczach tańczył Mangekyõ Sharingan.
- Cóż za spotkanie, Itachi-kun... - syknął tamten patrząc gniewnie na mego brata. Jak ja teraz dziękowałem bogu, że się natręt nie odczepił rano. Chwała mu za to.
- Zostaw mojego brata w spokoju, albo postaram się, byś cierpiał... Nie myśl sobie, że ci TO płazem ujdzie... - warknął Itachi i odepchnął mężczyznę raz jeszcze, po czym wziął mnie za rękę i wyprowadził z szatni, kierując się do męskiej łazienki. Zamknął za nami drzwi, by stanąć przede mną i spojrzeć na mnie z troską.
- Nic ci nie zrobił? - spytał wciąż na mnie patrząc. Spojrzałem gdzieś w bok.
- Nie... Poza tym, że nie będę mógł grać przez dwa tygodnie to nie... - powiedziałem z irytacją, ale jakiś zgaszony i spojrzałem na swoje opuchnięte, drżące nadgarstki, które z pewnością były skręcone.
- Co ten gad sobie w ogóle wyobraża...! Żeby się w biały dzień do uczniów dobierać...?! To jest szczyt wszystkiego...! - Itachi był wyraźne oburzony i zły. W sumie mu się nie dziwię. - Najpierw jedziemy do lekarza na podświetlenie, a potem do Pani Dyrektor. Nie ma szans, żebym zostawił to bez odzewu. - oznajmił...
I tak jak powiedział, tak się stało... Minęły dwie godziny, kiedy siedziałem już z ochraniaczami na nadgarstkach pod gabinetem dyrektorki, w którym Itachi, Tsunade i Orochimaru "rozmawiali". Uznałem, że wygodnie będzie powiedzieć, że właśnie ze względu na nauczyciela opuszczałem szkołę, co kupili wszyscy. No ale rzecz jasna na tej "rozmowie" się nie skończyło - Itachi złożył mimo moich sprzeciwów pozew sądowy, a sprawę oczywiście Orochimaru przegrał...
Kiedy po dwóch tygodniach wróciłem do szkoły, wciąż mijając jak się okazało uszkodzone nadgarski, pierwszą osobą, którą spotkałem była oczywiście Tsunade, ale następną, na jaką wpadłem była Kichi...
<Nienawidzę pisać długich opo na fonie... XD>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz