Po powrocie do apartamentu przebrałem się w dresy i bluzę wciąganą przez głowę,by usiąść na kanapie skulony pod kocem z kubkiem mohito w ręce. Kuro usiadł mi na kolanach i miauknął żałośnie, a jego oczy zdawały się mówić: "Nie martw się, nie chcę żebyś był smutny. Znajdziesz jeszcze kogoś, kto będzie tak ważny jak ona."
- Tyle, że ja nie chcę już nikogo innego... Chcę być z nią... i z Cielem... - powiedziałem cicho podłamanym głosem. Kocur otarł się o moją szyję, starając się chyba poprawić mu humor, ale mimo jego starań wciąż czułem się okropnie.
Wieczorem, jakoś o szóstej, zadzwonił mój telefon. Niechętnie spojrzałem na wyświetlacz. Kichi. Miałem ochotę udać, że nie słyszę dzwonka i pójść do swojej sypialni, zamknąć się w niej i pójść spać, a najlepiej już się nie obudzić... Ale odebrałem.
- No hej. Co tam? - spytałem jakże radośnie.
-- Hej, wpadniesz na kolację? Ciel bardzo cię polubił i jedyne co robi to mówi, że chce do taty... -- powiedziała. Poczułem znów to nieprzyjemne, cholerne kłucie w środku.
- No okay. Będę za jakieś pół godziny. - oznajmiłem wciąż tym radosnym głosem.
-- Super. To do zobaczenia! -- rozległo się w słuchawce, a potem się rozłączyła. Ze złością i frustracją uderzyłem pięścią w oparcie kanapy. Kuro zamiauczał patrząc na mnie żałośnie i tuląc mnie do siebie łapkami.
- No co ja niby mam robić, Kuro? To jest tak cholernie niesprawiedliwe...! - spojrzałem na niego, ale on tylko mocniej objął moją szyję łapami...
W końcu zebrałem się w sobie, przebrałem, nakładając maskę luzu i radości, a potem pojechałem do Kichi i Ciela. Po drodze wpadłem do sklepu, kupiłem dobre wino dla Kichi i pluszowego kotka dla młodego, by o czasie zaparkować pod ich willą.
<?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz